Tęsknota ma cztery łapy – recenzja filmu

Patrycja Smolińska

„200 mil do domu” to film, który z pozoru opowiada o zwierzętach, ale w rzeczywistości mówi o czymś znacznie głębszym – o tęsknocie, lojalności i sile więzi, które nie potrzebują słów. Trójka bohaterów – bullterier Bodger, labrador Luath i kot syjamski Tao – zostaje tymczasowo oddana pod opiekę przyjaciela rodziny, Johna Longridge’a (Émile Genest), gdy ich właściciele muszą chwilowo wyjechać.

Dla ludzi to tylko przejściowa zmiana, ale dla zwierząt to rozłąka z domem, którego nie da się zastąpić żadnym innym miejscem. Nie rozumieją powodów tej decyzji, nie znają planów, nie potrafią przewidzieć, kiedy ich ukochani wrócą. I właśnie dlatego, kierując się instynktem i tęsknotą, postanawiają wyruszyć w drogę do ukochanego miejsca. Nie ma tu dramatycznego momentu decyzji ani wielkich gestów – jest cichy impuls, który mówi: trzeba wracać. Tak zaczyna się ich nieplanowana podróż.

Każde ze zwierząt wnosi coś innego do tej wyprawy. Luath, jako najmłodszy, prowadzi grupę z energią i determinacją. Bodger, choć wiekowy i powolny, nie ustępuje – jego upór i oddanie wobec przyjaciół są wzruszające. Tao, niezależny i zwinny, pełni funkcję myśliwego, a nawet mentalnego wsparcia dla swoich towarzyszy. Cała trójka wzajemnie się chroni i nikogo nie zostawia w tyle. Każde z nich jest zdeterminowane, by znów zobaczyć dom i ukochaną rodzinę. Mimo wielu czyhających niebezpieczeństw, a także chwil, które kuszą spokojem i bezpieczeństwem, nie poddają się – zawsze jednogłośnie chcą wracać tam, gdzie ich serca już są.


A kto z nas nie zaznał nigdy tęsknoty za domem, niech pierwszy rzuci kamieniem. Wielu z nas z pewnością zostawiało swojego ukochanego pupila na jakiś czas – może na kilka dni, może krócej. Ale po powrocie, gdy ucieszony pies z merdającym ogonem zaczyna na nas skakać, albo kot podbiega z uniesioną kitką i uśmiechem w oczach, widzimy, że czas dla czworonoga to pojęcie względne. Nieważne, ile nas nie ma – ważne, że one tęsknią zawsze tak samo i zawsze tak samo cieszą się na nasze towarzystwo. Bo dla nich domem nie jest budynek, lecz ich ludzie. Nawet dla kotów – jeśli czytają to sceptycy, którzy nie wierzą, że koty też potrafią tęsknić.

Wróćmy jeszcze na chwilę do filmu. Nasi bohaterowie „mówią” w różnych językach, jeśli można tak to ująć. Nie opowiadają o swojej wędrówce sami – z pomocą przychodzi narrator (Rex Allen), znany z wielu produkcji Disneya. Prowadzi tę historię z wyjątkowym wyczuciem. Jego głos jest ciepły, spokojny, pełen zrozumienia. Nie narzuca się, nie tłumaczy nadmiernie. Dzięki niemu film zyskuje rytm i ton, który idealnie pasuje do tempa zwierzęcej podróży.


W filmie pojawiają się także aktorzy: Ronny Howard (jako Peter), John Drainie (jako James Mackenzie) i Sandra Scott (jako Elizabeth Mackenzie). Ich obecność jest subtelna, ale ważna – to ludzie, którzy tworzą tło emocjonalne dla zwierzęcej wyprawy. Nie dominują, lecz uzupełniają opowieść, pokazując, że dom to nie tylko budynek, ale ludzie, którzy w nim czekają. I to właśnie ich postacie są prawdziwym celem, do którego podążają pupile.

Mała ciekawostka dla was. Kota Tao zagrał prawdziwy syjamski kot o imieniu Syn Cat, a bullteriera Bodgera – suczka Muffy, mimo że postać w filmie jest samcem. Zwierzęta nie były szkolone do konkretnych scen w sposób, jaki znamy dziś – ich zachowania były naturalne, często improwizowane, co nadaje filmowi autentyczności i uroku.

„200 mil do domu” nie próbuje być widowiskowy. To film, który opowiada o tym, co najważniejsze – o potrzebie powrotu, o sile przyjaźni, o tym, że nawet zwierzęta potrafią rozpoznać, gdzie naprawdę jest ich miejsce. Ich podróż przez góry, rzeki i lasy to nie tylko walka z naturą, ale też z samotnością, niepewnością i tęsknotą.