kot, kocie zwyczaje

koci świat

Koty i ludzie: kocia rodzina Freddiego Mercury

Nasz człowiek często słucha Queen i Freddiego Mercury. My jak szalejemy miauczymy mu „Don't stop me now” albo „We Are The Champions" a jak się do niego tulimy mruczymy mu „You're My Best Friend”. Fani Freddiego wiedzą, że charyzmatyczny frontman zespołu Queen, wokalista, autor tekstów i kompozytor uwielbiał koty. Ponieważ wiedza na temat kotów Freddiego jest wyrywkowa i wiele informacji na ten temat w sieci mija się z faktami postanowiliśmy tę wiedzę trochę uporządkować. Jest to nasz prezent dla Freddiego, który gdyby żył kończyłby dziś 67 lat. Naszym zdaniem Freddie Mercury (Farrokh Bulsara ur. 5 września 1946 w Stone Town, Zanzibar, zm. 24 listopada 1991 w Londynie) sam sporo miał z kota – był niezależny, chadzał własnymi ścieżkami, jego miauczenie było bardzo przyjemne i wyjątkowe (miał niezwykłą barwę głosu o niespotykanej u wokalistów rockowych skali, która obejmowała cztery oktawy; w roku 2005 uznany został za najlepszy głos wszechczasów muzyki rozrywkowej), z kocią gracją poruszał się po scenie. Happy birthday Freddie!

Nie wiemy, czy w dzieciństwie Freddie miał kota. Pierwsze koty, o których nam wiadomo pojawiły się w życiu Freddiego wraz z jego przyjaciółką Mary Austin na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Był to Tom i Jerry. Kiedy para rozstała się w 1976 roku Mary wyprowadzając się zabrała koty a na pocieszenie podarowała Freddiemu, długowłosą kotkę, którą Freddie nazwał Tiffany. Tiffany była kotem rasy pers himalajski i miła niebieskie umaszczenie tzw. blue point. Po jakimś czasie do Tiffany dołączył Oscar – ogromny rudy z białymi akcentami kot rasy europejskiej. Oscar znalazł się w życiu Frediego wraz z jego nowym chłopakiem Tony Bastinem. Po rozstaniu się pary kot pozostał z Freddim w jego londyńskim mieszkaniu na Stafford Terrace 12 w Kensington. Kiedy Freddie wprowadził się do ogromnej gregoriańskiej posiadłości Garden Lodge w Keniington przy Place Logan 1 do Tiffany i Oscara dołączyły w Święta Bożego Narodzenia 1987 roku dwa koty rasy europejskiej: szylkretowa kotka, która otrzymała imię Delilah i ciemno brązowy kot, który otrzymał imię Goliat.

Nasz człowiek często słucha Queen i Freddiego Mercury. My jak szalejemy miauczymy mu „Don't stop me now” albo „We Are The Champions" a jak się do niego tulimy mruczymy mu „You're My Best Friend”. Fani Freddiego wiedzą, że charyzmatyczny frontman zespołu Queen, wokalista, autor tekstów i kompozytor uwielbiał koty. Ponieważ wiedza na temat kotów Freddiego jest wyrywkowa i wiele informacji na ten temat w sieci mija się z faktami postanowiliśmy tę wiedzę trochę uporządkować. Jest to nasz prezent dla Freddiego, który gdyby żył kończyłby dziś 67 lat. Naszym zdaniem Freddie Mercury (Farrokh Bulsara ur. 5 września 1946 w Stone Town, Zanzibar, zm. 24 listopada 1991 w Londynie) sam sporo miał z kota – był niezależny, chadzał własnymi ścieżkami, jego miauczenie było bardzo przyjemne i wyjątkowe (miał niezwykłą barwę głosu o niespotykanej u wokalistów rockowych skali, która obejmowała cztery oktawy; w roku 2005 uznany został za najlepszy głos wszechczasów muzyki rozrywkowej), z kocią gracją poruszał się po scenie. Happy birthday Freddie!

Nie wiemy, czy w dzieciństwie Freddie miał kota. Pierwsze koty, o których nam wiadomo pojawiły się w życiu Freddiego wraz z jego przyjaciółką Mary Austin na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Był to Tom i Jerry. Kiedy para rozstała się w 1976 roku Mary wyprowadzając się zabrała koty a na pocieszenie podarowała Freddiemu, długowłosą kotkę, którą Freddie nazwał Tiffany. Tiffany była kotem rasy pers himalajski i miła niebieskie umaszczenie tzw. blue point. Po jakimś czasie do Tiffany dołączył Oscar – ogromny rudy z białymi akcentami kot rasy europejskiej. Oscar znalazł się w życiu Frediego wraz z jego nowym chłopakiem Tony Bastinem. Po rozstaniu się pary kot pozostał z Freddim w jego londyńskim mieszkaniu na Stafford Terrace 12 w Kensington. Kiedy Freddie wprowadził się do ogromnej gregoriańskiej posiadłości Garden Lodge w Keniington przy Place Logan 1 do Tiffany i Oscara dołączyły w Święta Bożego Narodzenia 1987 roku dwa koty rasy europejskiej: szylkretowa kotka, która otrzymała imię Delilah i ciemno brązowy kot, który otrzymał imię Goliat.

Koty te podarował Freddiemu w prezencie gwiazdkowym osobisty asystent i kucharz Freddiego Joe Fannelli (zwany przez Freddiego Liza), który był także domownikiem Garden Lodge (tzw. przez Freddiego „rodzina z Garden Lodgea” a przez złośliwych „dwór Freddiego”, do której należał także sekretarz i asystent Freddiego Peter Freestone zwany Phoebe i ogrodnik a zarazem wieloletni i ostatni partner Freddiego Jim Hutton). Koty zostały zabrane ze schroniska fundacji The Blue Cross. Freddie, który od czasu wprowadzenia się do posiadłości mówił ciągle, że dom jest duży i mógłby zapewnić dobre życie kilku kotom wiedział o prezencie i biegał, co chwilę do okna sprawdzić czy Joe z kotami już przyjechał. Latem 1988 roku do kociej rodziny Freddiego dołączyła znaleziona przez Mary Austin szylkretowa kotka rasy europejskiej, którą Freddie nazwał Miko. Miko została entuzjastycznie przyjęta przez Freddiego i „rodzinę” ale niezbyt przychylnie została przyjęta przez pozostałe koty. Szybko jednak zaprzyjaźniła się z Delilah i Goliatem. Tiffany i Oscar ignorowali ją. Gdy pojawiła się Miko Oscar, który był typem samotnika i który już wcześniej lubił przebywać na innych posesjach uznał, że 5 kotów pod jednym dachem to już za dużo i zadomowił się u sąsiadów Freddiego. Od czasu do czasu wpadał do dawnego domu w odwiedziny. Freddie stwierdził, że jeśli Oscar jest szczęśliwy, to najważniejsze. Rok później, w sierpniu 1989 roku, kocia rodzina Freddiego powiększyła się o kolejnego kota rasy europejskiej, którego kupił za 25 funtów w sklepie zoologicznym współpracującym ze schroniskiem fundacji The Blue Cross partner Freddiego Jim Hutton. Kot został nazwany Romeo. Po jakimś czasie, ze względu na bojowy charakter malucha i atakowanie w celu zabawy pozostałych kotów Romeo zyskał przydomek Rambo. Jesienią 1989 roku zdiagnozowano u Tiffany raka. Choroba była jednak bardzo zaawansowana. Co do śmierci Tiiffany w październiku 1989 roku mamy mały problem. Zdaniem Barbary Valentine, gdy zmarła Tiffany Freddie był u niej w Monachium i na wieść o śmierci kotki udał się natychmiast do Londynu.

Barbara w rozmowie z autorką książki „Freddie Mercury biografia definitywna” nie używa imienia kota ani też nie określa nawet w przybliżeniu daty tej sytuacji. Ze wspomnień Jima Huttona wynika, że pewnego październikowego ranka jak wstał zastał wijącą się z bólu Tiffany i nie budząc Freddiego pojechał z nią natychmiast do lecznicy, gdzie lekarz stwierdził, że to co można najlepszego zrobić dla Tiffany, to zaoszczędzić jej dalszych cierpień. Jim zostawił kotkę pod opieką lekarza i pojechał do Freddiego, który zgodnie z sugestią lekarza weterynarii podjął decyzję o ulżeniu kotce w cierpieniach i uśpieniu jej. Jim z Mary udali się do lecznicy by towarzyszyć Tiffany w ostatnich chwilach życia. Nam wydaje się, że wersja Jima jest prawdziwa. Być może Barbara po latach pomyliła informację z wiadomością o chorobie kotki z wiadomością o jej śmierci. Jim był bardzo związany z kotami Freddiego i nie miał żadnego powodu by konfabulować. Tiffany została skremowana a urna z jej prochami została zakopana w ogrodzie Garden Lodge. Freddi często zanosił w miejsce pochówku Tiffany małe bukieciki kwiatów. Na początku roku 1990 kocia rodzina wokalisty powiększyła się o białą z małymi ciemnymi plamkami europejską kotkę, która została nazwana Lilly. Kotka została kupiona w sklepie zoologicznym na Kensington High Street w Londynie. Kupili ją dla Freddiego Joe, Jim i Peter, którzy postanowili spełnić marzenie Freddiego o białym kocie – Freddiemu bardzo podobał się śnieżnobiały kot Arthur z telewizyjnej reklamy karmy dla kotów i mówił, że chciałby takiego mieć, ale z pewnością trudno jest utrzymać białego kota w nieskazitelnej czystości. Cena kota nie był wysoka (25 funtów) a „rodzina” Freddiego kupiła go wspólnie (Jim dokonał zakupu kota, za którego zapłacili Joe i Peter) ponieważ panowie trochę się obawiali jak zareaguje ciężko już wtedy chory wokalista na jeszcze jednego domownika i wymyślili, że ewentualny gniew Freddiego rozłoży się na ich trzech. Nic takiego jednak się nie stało - Freddie od razu pokochał swoje kolejne kocie dziecko. Fredddie miał jeszcze jednego kota, ale nie mieszkał on z pozostałymi kotami w Garden Lodge w Londynie a w mieszkaniu przyjaciółki Frediego Barbary Valentine a później w ich wspólnym mieszkaniu w Monachium. Freddie i Barbara adoptowali na przełomie 1985 roku kota, któremu dali na imię Tarzan. Traktowali go jak wspólne dziecko.

Spotkaliśmy się w sieci z informacjami, że Freddie miał jeszcze jednego kota – Dorothy. Jest to nieprawdziwa informacja. Powyższe zdjęcie Freddiego i Jima Huttona zostało zrobione w Monachium latem 1985 roku (zajęcie zostało zamieszczone na okładce książki Huttona „Freddie Mercury i ja”). Jim trzyma na rękach kota o imieniu Dorothy, który wpadł do monachijskiego mieszkania Freddiego w odwiedziny. Nie wiemy czy przyszedł w nie z jakimś monachijskim znajomym Freddiego czy wpadł sam i należał do któregoś z sąsiadów Freddiego (Freddie wynajmował w Monachium mieszkanie na trzecim piętrze czteropiętrowego bloku) a być może ktoś z znajomych porosił o zaopiekowanie się Dhorty na parę dni. W każdym bądź razie Doroty była tylko gościem w monachijskim mieszkaniu Frediego. Jim Hutton, podobnie jak Freddie, uwielbiał koty i miał kiedyś wielkiego rudego kota o imieniu Spock, którego zdjęcie posłał Freddiemu po pierwszym spędzonym z mim w czerwcu 1985 roku weekendzie w Monachium.

Nie wiemy, czym kierował się Freddie adoptując koty a nie na przekład psy, konie czy węże. Z pewnością Freddie cenił kocią niezależność (ta cecha u ludzi najbardziej imponowała Freddiemu) i prostolinijność kotów – koty nie są fałszywe (większość ludzi otaczających Freddiego kierowała się fałszem i liczyła tylko na profity, jakie może przynieść ta znajomość; fanom na pewno znany jest na przykład „przyjaciel” Freddiego Paul Pretner, którzy sprzedał w 1987 roku „The Sun” za 32 tysiące funtów prywatne zdjęcia Freddiego i informacje, w tym nieprawdziwe, o chorobie i wcześniejszym życiu wokalisty). A może Freddie, który w domowym zaciszu był człowiekiem wrażliwym i trochę zagubionym znajdował u kotów miłość i czułość, której tak bardzo pragnął. Freddie, którego stać było na zakup kotów unikalnych ras otaczał się kotami rasy europejskiej (poza Tiffany), czyli jak potocznie się mówi dachowcami. Być może darzył te koty szczególnymi względami a może kierował się chęcią zapewnienia niechcianym kotom domu. Pomoc kotom nie ograniczała się tylko do ich adopcji – Freddie wspomagał hojnie datkami schronisko dla zwierząt. Nie wiadomo, jakie to były sumy, ale o tym, że były to pokaźne kwoty, świadczy to, że tylko za kilka wpłat, które robił Freddie, kupiono ziemię i wybudowano nowe schronisko. Freddie, zwany Królem Królowej swoje koty traktował po królewsku i rozpieszczał je. W jednym z wywiadów, których udzielał bardzo rzadko, powiedział ”Kiedy jestem z kimś blisko, oddaje mu całe serce. Nie wierzę w półśrodki ani kompromisy. Kompromis nic dla mnie nie znaczy. Daje wszystko, co mam, bo taki już jestem”. Słowa te z pewnością dotyczyły też kotów. Koty Freddiego mogły korzystać ze wszystkich pomieszczeń ogromnego domu, wylegiwać się na antycznych meblach, kanapach, fotelach, łóżku i ubraniach wokalisty. W ciągu dnia koty mogły korzystać też z olbrzymiego ogrodzonego kamiennym murem ogrodu. O zmierzchu koty zabierano z ogrodu, ponieważ Freddie bał się o nie. Nie było żadnego problemu, gdy któryś z kotów rozbił drogocenny przedmiot z porcelany, którą Freddie zbierał. Najważniejsze było dla Freddiego to, że kotu nic się nie stało. Sam Freddie w desperacji, kiedy nie można było znaleźć Goliata wyrzucił przez okno japońskie zabytkowe hibachi, którego długo poszukiwał podczas pobytu z Jiimem w Japonii. Z okazji świąt Bożego Narodzenia koty Freddiego obowiązkowo dostawały prezenty – każdy kot miał swoją Christmas Stocking (skarpetę świąteczną), którą Freddie po brzegi wypełniał zabawkami i kocimi smakołykami. Wracając z zagranicznych tras koncertowych Freddie przywoził kotom oryginalną zagraniczną karmę, której nie było w londyńskich sklepach i zabawki. Fani Freddiego znając jego miłość do kotów przysyłali mu zdjęcia swoich kotów oraz prezenty dla jego kotów. Ponoć Freddiego cieszyły informacje, że któryś z jego fanów nazwał swojego kota imieniem jednego z jego kotów lub jego własnym. Do dzisiaj wielu fanów Freddiego nadaje swoim pupilom jego imię. W salonie, na fortepianie wokalisty obok zdjęć najbliższych stały oprawione w ramki ze srebra zdjęcia wszystkich jego kotów. W sypialni przez jakiś czas wysiał wiktoriański obraz „Niespodzianka”, na którym uwiecznione zostały dwa małe kotki bawiące się ślimakiem (obraz ten Freddie kupił Jimiemu, do budowanego domu w Irlandii, który Freddie uczestniczący w kosztach budowy uważał za ich wspólny dom). Freddie lubił swoim bliskim i przyjaciołom ot tak, bez okazji sprawiać małe (ale kosztowne) prezenty. Często były to szklane, kryształowe lub wykonane ze srebra figurki kotów. Na 37 urodziny swojego partnera Jima Freddie zamówił tort z lukrowymi figurkami kotów, które Jim długo przechowywał. W 1986 roku na przełomie września i października podczas prywatnego pobytu Freddiego z Jimem w Japonii Freddie, został gościem honorowym premiery musicalu Andrewa Lloyda Webbera „Cats”. Freddie nic o tym nie wiedział i został postawiony przed faktem dokonanym (co niezbyt go ucieszyło ponieważ nie lubił takich sytuacji). Przedstawienie opóźniło się o ponad pół godziny, ponieważ samochód wiozący Freddiego, nieświadomego gdzie i po co jest wieziony, utknął w tokijskich korkach. Kiedy wprowadzono na salę zdziwionego Freddiego i z honorami prowadzono do pierwszego rzędu cała publiczność wstała i powitała go gorącą owacją.

Z okazji 40 urodzin (5 września 1986 roku) Freddie dostał tort w kształcie kota siedzącego w cylindrze (impreza odbywała się pod hasłem „szalone kapelusze”), który wykonał jego osobisty kucharz Joe. Do zadań Joe należało także przygotowywanie posiłków dla kotów, Koty na śniadanie jadły mokrą karmę z puszek a na obiad Joe gotował im kurczaki lub rybę i od czasu do czasu królika). Niekiedy z inicjatywy Freddiego dla wszystkich domowników, w tym kotów, zamawiano w pubie rybę w cieście z frytkami, którą Freddie (obok hamburgerów, szampana i kawioru) uwielbiał. Freddie nie zaczynał jeść dopóki nie upewnił się, że ryby zostały dokładnie obrane z ciasta i ości i, że każdy kot dostał swoją porcję. Oczywiście frytek koty nie jadły. Jeśli zdarzyło się, że któryś z kotów się gdzieś zawieruszył Freddie zarządzał poszukiwania, w które angażował kilka a bywało, że i kilkanaście osób. Najczęściej poszukiwano Oscara, który uwielbiał chadzać własnymi ścieżkami i zwiedzać sąsiednie posesje. Później, kiedy Oscar postanowił mieszkać u sąsiadów zaprzestano szukania go. Raz dość długo poszukiwano Goliata, którego znaleziono po kilku godzinach pod samochodem zaparkowanym niedaleko posesji Freddiego. Freddie, który sam uczestniczył w poszukiwaniach ponoć był bardziej szczęśliwy z odnalezienia się Goliata, niż z sukcesów artystycznych Queen. Golita poszukiwano jeszcze potem raz podczas Świąt Bożego Narodzenia. Znaleziono go śpiącego w marmurowej umywalce w prywatnej łazience Freddiego. Umywalka w łazience stała się ulubionym miejscem wypoczynku i azylem Goliata, który zawsze znikał jak, do Freddiego przychodzili goście. Jeśli zniknął Goliatt od razu sprawdzano, czy śpi w umywalce. Kiedy, któryś z kotów zachowywał się inaczej niż zwykle, kichnął lub zakaszlał od razu zawożono go do lecznicy na badania. Podczas tras koncertowych czy nagrań studyjnych poza Londynem Freddie dzwonił do kotów – domownicy po szczegółowym wyjaśnieniu jak się czują i co robią poszczególne koty musieli przykładać każdemu kotu słuchawkę do ucha by Freddie mógł z każdym „zamienić kilka słów”. Freddie, który był podatkowym banitom i sporo czasu musiał spędzać poza Wielką Brytanią, miał apartament w Nowym Yorku, wynajmował mieszkanie w Monachium (pod koniec życia kupił w Monachium wspólnie z Barbarą Valentin apartament) i wynajmował dom w Montreux (pod koniec życia kupił tam apartament) w domu czuł się tylko w Garden Lodge w Londynie, ponieważ jego dom był tam gdzie był dom jego kotów. Po z powrocie z „miejsc zsyłki podatkowej”, tras koncertowych czy nagrań poza Londynem najpierw witał się z każdym z kotów. Największą miłością Freddie darzył kotkę Delilah a ona tę miłość odwzajemniała. Najczęściej z wszystkich kotów wspinała się na kolana Freddiego, spała z nim w łóżku i wylegiwała się w koszu z jego bielizną do prania. Delilah niezbyt lubiła pozostałe koty (czyżby była zazdrosna i często dochodziło do scysji pomiędzy nią a pozostałymi kotami. Jak koty zebrały przeciw niej wspólne siły uciekała po pomoc do Freddiego.

Swoją miłość do kotów i sympatię dla „kociarzy” Freddie wyraził dedykacją, która została zamieszczona na pierwszym jego solowym albumie „Mr. Bad Guy’’ wydanym w 1985 roku: „Ten album dedykuję mojemu kotu Jerry'emu, także Tomowi, Oscarowi i Tiffany oraz wszystkim miłośnikom kotów we wszechświecie – chrzanić pozostałych". W ostatnim albumie Queen, który ukazał się za życia Freddiego 4 lutego 1991 roku (ostatni album, nagrany przez Queen wspólnie z Freddim „Made in Heven” ukazał się 4 lata po śmierci wokalisty) - „Innuendo” (przez fanów album ten uważany jest za święty) zamieszczony został napisany i skomponowany przez Freddiego utwór „Delilah”, w którym wokalista śpiewa między innymi:

„Jestem dzięki tobie bardzo szczęśliwy,
gdy przytulasz się i śpisz obok mnie
i kiedy sprawiasz, że się wściekam,
gdy sikasz na moje antyczne meble.”

Nie rozumiemy, jak można być szczęśliwym wściekając się no ale Freddie był odlotowy  W utworze Braian May naśladuje na gitarze miauczenie Kota (Braian jest także miłośnikiem kotów i ma w swoim domu na ścianach specjalnie zaprojektowane dla swoich kotów półki do leżenia). Szatę graficzną albumu „Innuendo” oraz singli z płyty oparto na pracach dziewiętnastowiecznego francuskiego rysownika i karykaturzysty Jeana Ignace Isidore Gérarda Grandville, znanego pod peseudonimem JJ Grandville - na pomysł wykorzystania jego rysunków wpadł Roger Taylor. Przystosowaniem ilustracji zajął się grafik Richard Gray. Na wkładce do albumu umieszczono rysunki członków zespołu stylizowane na rysunkach Grandville'a autorstwa Angeli Lumley. Freddiemu w stroju pierrota towarzyszą trzy koty.

W teledysku nagranym w maju 1991 roku „These Are The Days Of Our Lives” (ostatni wideoklip z Freddim), który został potraktowany przez słuchaczy jako pożegnanie wokalisty z fanami, Freddie wystąpił w jedwabnej kamizelce, na której ręcznie namalowane były wszystkie jego koty (klip został wyemitowany czarno-biały).

Parę miesięcy przed śmiercią Freddie, który studiował w Eailing College of Art w Londynie grafikę i wzornictwo, postanowił wrócić do malowania. Spędził wiele godzin starając się namalować portret Delilah. Niestety nie udało mu się skończyć portretu. Kiedy Freddie nie wstawał koty dotrzymywały mu towarzystwa w łóżku. Jak wynika, z relacji osób obecnych przy śmierci Freddiego (Jim Hutton, Peter Freestone i przyjaciel Freddiego Dave Clark) ostatnią czynnością Freddiego było pogłaskanie Delilah, którą w tym celu specjalnie podał mu w pobliże rąk Jim a Dave ujął rękę Freddiego i pogłaskał nią kotkę. Freddie Mercury zmarł 24 listopada 1991 roku. Koty zgodnie z jego wolą pozostać miały w Garden Lodge pod opieką jego „rodziny” (Jim, Peter, Joe), która jak długo chciała miła mieszkać w Garden Lodge. Delilah i Romeo miał się zająć, gdyby chciał opuścić Garden Lodge, Joe. Posiadłość odziedziczyła Mary Austin, która bardzo szybko dała do zrozumienia „rodzinie” Freddiego, że ma się wynieść a ustne ustalenia Freddiego (prawnik o nich wiedział) były dla niej nie ważne. Nie pozwoliła też zabrać zgodnie z życzeniem Freddiego Goliata i Delilah ani też Miko, o którą poprosił Jim. W efekcie w Garden Lodge zostały, tylko 3 koty: Delilah, Goliat i Miko. Oscar przestał odwiedzać posiadłość. Dla Lilly i Romeo znaleziono nowe domy. Tarzan został z Barbarą Valentine, która całą miłość do Freddiego przelała na niego. Freddie z pewnością byłby wściekły, że jego koty zostały rozdzielone i pozbawione towarzystwa ludzi, do których były przywiązane. Mary Austin nie dotrzymała wielu obietnic danych Freddiemu przed śmiercią, w tym tej najważniejszej dla wokalisty dotyczącej kotów - jak wynika, z relacji domowników największe znaczenie dla umierającego Freddiego miał los kotów po jego śmierci. Jim Hutton, któremu bardzo brakowało kotów z Garden Lodge zaadoptował dwa koty, które nazwał Zig i Zag. Zdaniem Phoebe Delilah przeżyła, co najmniej 20 lat (ostatni raz widział ją jak właśnie tyle lat miała). Od śmierci Freddiego minęły prawie 22 lata. Nie żyją już Joe, Barbara i Jim. Nie żyją już też wszystkie koty Freddiego, ale pamięć o nich będzie tak długa jak pamięć o Fredddim Merkurym, bo były obok muzyki, najważniejszą częścią jego życia. 

PS

Jeśli jesteś fanem Freddiego i nie masz kota (nie masz kota i jesteś fanem Freddiego , pomyśl ile uroczych kociaków czeka w schroniskach na adopcję.

Jeśli ktoś dokopał się do jakiś innych, pochodzących z wiarygodnego źródła, informacji o kotach Freddiego będziemy wdzięczni za uzupełnienie bibliografii kociej rodziny Freddiego.

Źródła: Jim Hutton, Tim Wapshott: „Freddie Mercury i ja”, Lesle - Ann Jones: „Freddie Mercury biografia definitywna”, Peter Freestone: „Freddie Mercury”, Peter Hince: “Queen. Nieznana Historia”, David Evans, David Minns: “Freddie Mercury – życie prawdziwe", Laura Jackson” „Freddie Mercury. Biografia”, blog Petera Freestone (Phoebe).


UDOSTĘPNIJ ARTYKUŁ W  SERWISIE SPOŁECZNOŚCIOWYM: