JAKUB ZAKRZEWSKI
(Uwaga: recenzja zawiera spojlery)
Prawdziwa historia
Film Rogera Spottiswoode’a opowiada prawdziwą historię Jamesa Bowena – uzależnionego od narkotyków muzyka ulicznego, który stara się przetrwać na ulicach Londynu. Jest w trudnej sytuacji: bezdomny, bez pieniędzy, odtrącony przez ojca i macochę. Natomiast w pewnym momencie na jego drodze pojawia się rudy kot o imieniu Bob. Ten czworonożny towarzysz staje się jego najlepszym przyjacielem. Uliczny grajek zaczyna wychodzić na prostą, a kot zyskuje dom i opiekę, pomagają sobie nawzajem pomimo wielu przeszkód zrządzonych przez los. Film oparty jest na faktach, a akcja toczy się w latach 2007–2012.
O filmie
„A Street Cat Named Bob” (w polskim tłumaczeniu: „Kot Bob i ja”) to brytyjska produkcja z 2016 roku. Scenariusz napisali Tim John i Maria Nation, a reżyserią zajął się Roger Spottiswoode. Film został dobrze przyjęty zarówno przez widzów, jak i krytyków. To bez wątpienia sympatyczny, ciepły film dla całej rodziny, pomimo że podejmuje naprawdę poważne tematy, jak walka z uzależnieniem czy bezdomność.

Produkcja jest solidnie zrealizowana, choć momentami ujęcia z perspektywy kota (POV) wypadają nieco chaotycznie. Rozumiem czemu służyć miał ten zabieg natomiast, wizualnie nie zawsze się sprawdzał. Zdjęcia są barwne i estetyczne (w trudnych momentach kolorystyka staje się wyblakła i zimna, co potęguje dramatyzm scen). Ulice Londynu przedstawiono bardzo naturalnie, nie czuć tu sztuczności czy inscenizacji. Bardzo subtelnie i delikatnie wkraczamy w świat bezdomności, lecz nie pojawia się tutaj efekt tzw. „cukierkowego przekazu”. Jeśli chodzi o muzykę jest ona w filmie dość specyficzna, najlepsze określenie jakie mogę znaleźć – uliczna. I absolutnie nie jest to zarzut, a wielki atut tej produkcji. Wiele utworów śpiewa sam James, co dodaje autentyczności i wzmacnia klimat.
W rolę Jamesa Bowera wciela się Luke Treadaway, a kota Boba… zagrał sam Bob. Choć do niektórych scen sprowadzono specjalnie wytresowane koty z Kanady, większość ujęć udało się nagrać z prawdziwym Bobem – inne koty bały się hałasu ulicznego i kamer. Warto naprawdę pochwalić za to twórców, w dobie efektów komputerowych zwierzęta często wykonuje się elektronicznie w postprodukcji, z oczywistych względów. Rudy kot nie miał tutaj łatwych zadań, a sceny z jego udziałem nie wydawały się sztuczne ani wymuszone. Wielki podziw dla odtwórcy głównej roli i oczywiście dla twórców, którzy w głównej mierze tego przypilnowali. Równie dobrze wypadają pozostali aktorzy drugoplanowi – Joanne Froggatt jako Val oraz Anthony Head jako ojciec Jamesa. Sam James od początku wzbudza naszą sympatię – kibicujemy mu, by wyszedł z nałogu, pogodził się z ojcem, nawiązał miłosną relację z Val i w końcu zaczął nowe, lepsze życie.

Człowiek potrzebuje kota, a kot człowieka
Film ma dobre tempo, nie brakuje w nim humoru i ciepła. Choć niektóre momenty są przewidywalne, największą siłą tej produkcji jest relacja między człowiekiem, a zwierzęciem. James potrzebuje Boba tak samo, jak Bob potrzebuje Jamesa. Obaj w punkcie swojego spotkania są na dnie, ranni (kot dosłownie został napadnięty przez jakieś zwierzę, James ledwo co przeżył ostatnie przedawkowanie) oraz bezdomni. James ratuje kota, ale aby naprawdę mu pomóc, musi najpierw pomóc sobie. I tak zaczyna się ich podróż. Ich pierwszym wspólnym sukcesem jest zebranie pieniędzy na jedzenie i ubrania – dla Jamesa, a dla Boba obroża i szalik, czyli symbol bezpieczeństwa i przynależności. To historia wzlotów i upadków, ale też dowód na to, że każdy zasługuje na drugą szansę.
Podsumowanie
„Kot Bob i ja” to film przyjemny i poruszający. Podejmuje ważne tematy, skłania do refleksji i przypomina o tym, co naprawdę się w życiu liczy – relacje, empatia i nadzieja. Mimo przewidywalności i kilku technicznych niedociągnięć, film ma duszę, a to jest najważniejsze. Ta produkcja pokazuje, że nawet w najtrudniejszych momentach można znaleźć światło, czasem w postaci rudego kota.




