Flow – film, który nie mówi, ale zostaje w pamięci – recenzja filmu

Patrycja Smolińska

„Flow” nie jest filmem, który mówi, ale płynie. Nie znajdziemy tu narratora, nie uświadczymy dialogu ani żadnej ludzkiej obecności. Mimo to – albo właśnie dzięki temu – opowiada jedną z najbardziej poruszających historii ostatnich lat.

Twórcą tego dzieła jest nikt inny jak Gints Zilbalodis. To artysta totalny, który samodzielnie stworzył swój poprzedni film „Away” i również w „Flow” odpowiada za większość warstw artystycznych. Jego styl to połączenie minimalizmu, kontemplacji i wizualnej poezji. Zilbalodis ma również to do siebie, że jego innowacyjne podejście do kina sprawia, iż oglądany film momentami może kojarzyć się widzowi z grą wideo. Niektóre sceny i momenty pauzy odczuwamy, jakbyśmy w tym miejscu mieli wybrać jakąś ścieżkę, którą podąży nasz bohater.

Głównym bohaterem jest mały czarny kotek, który żyje w postapokaliptycznym świecie, z którego z jakiegoś powodu zniknęła ludzkość. Obraz świata po katastrofie nie przypomina jednak klasycznego wyobrażenia o płonącej planecie, śladach po wojnie, która mogła sprawić, że ludzkość wyginęła, czy jakiejkolwiek zarazie. Jest tylko natura, która po zniknięciu ludzi zaczęła jakby królować na nowo.

Nasz mały futrzasty kotek żyje swoim życiem w tym ogarniętym przez spokojną zieleń świecie. Oczywiście na swojej ścieżce napotyka również wiele innych zwierząt, jak chociażby stado psów, przed którymi – jak można się spodziewać – ciągle ucieka. Jednak dzieje się coś, co obraca spokojną, wręcz utopijną krainę w chaos. Świat zalewa woda, która pochłania większość pięknego krajobrazu.
Koty, jak powszechnie wiadomo, wody nie cierpią – nie mówiąc już o sztuce pływania. Nasz mały bohater, by przetrwać, postanawia wskoczyć na łódkę, z której rozpoczyna się jego przygoda. Przemierza zalany świat, poruszając się łodzią przez opuszczone krajobrazy. Towarzyszą mu inne zwierzęta, które z czasem stają się częścią jego podróży. Film nie tłumaczy, co się wydarzyło, nie oferuje ekspozycji ani wyjaśnień. Zamiast tego zaprasza do intymnego przeżywania – do obserwowania, słuchania, odczuwania.

Jeśli myślicie nad potencjalnym obejrzeniem tego wizjonerskiego dzieła, od razu należy Wam się ostrzeżenie: to nie będzie wyciszający film, który pozwoli Wam ze spokojem oglądać, jak natura w całej swej okazałości funkcjonuje według ustalonej z góry harmonii. Niemal przez cały seans będziecie z zapartym tchem patrzeć na nietypową, zwierzęcą brygadę, która musi zmierzyć się z żywiołem, który obrócił ich naturalny porządek w dramatyczną przygodę.


Dla fanów gier wideo ta animacja będzie nie lada gratką. Pod względem struktury „Flow” przypomina gry takie jak Journey, Inside czy Shadow of the Colossus. Każdy etap podróży to osobna sekwencja wizualna, z własnym rytmem, kolorystyką i emocjonalnym tonem. Kamera często podąża za bohaterem z dystansu, jakby była graczem w trybie trzecioosobowym. Nie ma interfejsu, ale jest czytelna logika przestrzeni, która prowadzi widza przez kolejne etapy. Wiele scen przypomina poziomy w grze – z wyzwaniami, przeszkodami i momentami kontemplacji.

To, że w filmie nie ma dialogów, a zwierzęta – choć nie są bezosobowe, bo jak najbardziej widać na nich każdą emocję: od spokoju, po smutek, ogromny strach czy zmęczenie – nie są uczłowieczane, dodaje temu wyjątkowości i tworzy cały klimat. Wszystko działa tak, jakby działało w naturze. Kot miauczy, pies szczeka i merda ogonem – żadnych dodatków czy upiększeń. Głębia ukryta w prostocie.

Jednak „Flow” to nie tylko wizualna uczta. To film o metaforycznym ciężarze, który mówi o samotności, lęku przed bliskością, potrzebie wspólnoty i akceptacji. Woda, która zalewa świat, staje się symbolem oczyszczenia, zmiany, ale też nieuchronności. Zwierzęta nie są tu tylko postaciami – reprezentują emocje, etapy życia, archetypy relacji. Kot, który na początku jest samotny, z czasem uczy się współistnieć, dzielić przestrzeń, ufać. To poetycka opowieść o dojrzewaniu, o porzuceniu ego i odnalezieniu siebie w innych.

Muzyka, skomponowana przez Zilbalodisa i Rihardsa Zalupe, pełni funkcję narracyjną. To ona prowadzi widza przez emocjonalne stany, buduje napięcie, daje ukojenie. Brak dialogów nie jest tu ograniczeniem – wręcz przeciwnie, pozwala na uniwersalny przekaz, który trafia bezpośrednio do serca, niezależnie od języka czy kultury.

„Flow” powstawał przez ponad trzy lata, a większość pracy wykonał sam Zilbalodis. Film zdobył Złoty Glob i Oscara za najlepszą animację, stając się pierwszą łotewską produkcją z tak prestiżowym wyróżnieniem. Co ciekawe, twórca gier Hideo Kojima uznał „Flow” za jedno z najważniejszych dzieł 2024 roku, a krytycy porównują jego styl do estetyki gier niezależnych – subtelnych, emocjonalnych, pozbawionych przemocy, ale pełnych znaczeń.

Ważnym aspektem w tym filmie jest też obsadzenie kota jako głównego bohatera fabuły. To wyjątkowe pod każdym względem zwierzę, jednak kino ma dla niego w swojej kulturze mało miejsca. Powód może tkwić w jego naturze – niezależnej, enigmatycznej, trudnej do antropomorfizacji. Psy, z ich ekspresyjną mimiką i lojalnością, łatwiej wpisują się w klasyczne narracje o przyjaźni, poświęceniu czy heroizmie. Koty natomiast są bardziej introspekcyjne, obserwujące, często nieprzewidywalne, co sprawia, że trudniej nadać im ludzkie cechy bez popadania w groteskę. Animacja „Flow” łamie ten schemat – nie próbuje uczłowieczyć kota, lecz oddaje jego naturalną grację, samotność i wewnętrzny świat, czyniąc go idealnym medium dla poetyckiej, metaforycznej opowieści. To rzadki przypadek, w którym kot nie jest maskotką czy komicznym dodatkiem, lecz pełnoprawnym nośnikiem emocji i filozoficznego przekazu.

Podróż, jaką ta ferajna musi odbyć, by przetrwać. Poświęcenia, które dla jednych są błahe, a dla innych zrozumiałe i trudne. Łódź, która jest bezpieczną przystanią dla wszystkich bez wyjątku – nieważne, czy jest się kotem, czy kapibarą – odnosi się do rodzin, które tworzymy jako wspólnota w którymś momencie naszego życia. I w tej podróży przez życie ktoś się czasem dosiada, a ktoś rusza swoją drogą. Czasem czekają nas sztormy i przeszkody, które musimy przejść razem, a czasem decyzje, które podejmujemy samodzielnie.


Czym jednak, podsumowując, jest sam film? Według mnie to lekcja. Lekcja, że nigdy w naszym życiu nie zaistnieje coś takiego jak utopijny i harmonijny raj, gdyż życie to pasma wzlotów i porażek oraz nieprzewidzianych zdarzeń. Natura wie, kiedy potrzebny jest spokój, a kiedy musi wywrócić wszystko do góry nogami. Czasem ciężko się dostosować, ale to jest piękne w „Flow” – że pokazuje, jak na każdym etapie życia trzeba sobie radzić z nowymi trudnościami, by przetrwać. Co rusz musimy się uczyć, by nie zostać w tyle, oraz akceptować innych, bo w stadzie łatwiej się funkcjonuje, a różnice to czasem tylko nasze własne braki, które ktoś może zapełnić.

„Flow” to film, który nie daje odpowiedzi, ale zadaje pytania. To dzieło, które nie krzyczy, lecz szepcze. W świecie pełnym hałasu i nadmiaru bodźców ta animacja oferuje przestrzeń do refleksji, do zatrzymania się, do spojrzenia w głąb siebie. Dla miłośników kina artystycznego, gier eksploracyjnych i poetyckiej metafory – „Flow” to doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo.