JAKUB ZAKRZEWSKI
(Uwaga: recenzja zawiera spojlery)
Dramat pełen folkowej muzyki
Film braci Coen przedstawia tydzień z życia muzyka folkowego Llewyna Davisa. Akcja toczy się zimą 1961 roku w Nowym Jorku. Główny bohater nie radzi sobie najlepiej, ponieważ niedawno stracił partnera muzycznego (który popełnił samobójstwo), jego solowa płyta się nie sprzedaje, a problemy finansowe sprawiają, że nie ma nawet stałego miejsca zamieszkania. Davis tuła się po mieście, przenosząc się z jednej kanapy na drugą, z jednego klubu muzycznego do kolejnego.

Llewyn marzy o karierze muzycznej i pragnie utrzymywać się ze swojej pasji. Niestety jak to w życiu bywa napotyka on wiele przeszkód i często podejmuje niewłaściwe decyzje. Jest on bardzo zagubionym człowiekiem. Musi odnaleźć on siebie, ale również rudego kota który wciąż mu ucieka.
O filmie
„Inside Llewyn Davis” (w polskim tłumaczeniu: „Co jest grane, Davis?”) to amerykańsko-francusko-brytyjska produkcja z 2013 roku. Za scenariusz i reżyserię odpowiadają bracia Coen. Film zdobył 15 nagród oraz ponad 60 nominacji, w tym dwie oscarowe — za najlepsze zdjęcia i najlepszy dźwięk. I szczerze mówiąc, zupełnie mnie to nie dziwi.
Produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Twórcy doskonale przenoszą nas w klimat lat 60. Architektura, pojazdy, stroje, a nawet atmosfera i kultura, wszystko to sprawia wrażenie autentycznego obrazu sprzed ponad 60 lat. Autorem zdjęć jest Bruno Delbonnel, znany m.in. z „Amelii” (2001) oraz „Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi” (2009). Zdjęcia w „Co jest grane, Davis?” są przepiękne. Większość ujęć jest statyczna, co nadaje filmowi realizmu i surowości. Na przykład gdy Llewyn wchodzi do mieszkania Jean, kamera pozostaje nieruchoma, pokazując ciasny, nieestetyczny korytarz w wyblakłych zimnych kolorach. Brak ruchu kamery podkreśla duszną atmosferę tej przestrzeni i potęguje uczucie uwięzienia, które odczuwa bohater. W filmie cisza odgrywa bardzo ważną rolę. Jest jej sporo, ale idealnie komponuje się z powolnym tempem i statycznymi kadrami. A jak wypada muzyka w filmie o muzyku?
Ścieżka dźwiękowa jest melancholijna i stonowana. Największe wrażenie robią oczywiście utwory śpiewane przez samego Llewyna, zespół The John Glenn Singers oraz innych artystów pojawiających się w muzycznych klubach. Dla miłośników muzyki folkowej to pozycja obowiązkowa.

W roli Llewyna Davisa wystąpił Oscar Isaac, który spisał się rewelacyjnie. Llewyn nie jest ani dobrym ani złym bohaterem, on po prostu jest człowiekiem, który się pogubił. Popełnił głupie błędy? Oczywiście, że tak, jak w scenie, gdy podpisuje niekorzystną umowę zespołu The John Glenn Singers i zadowala się jednorazową wypłatą 200 dolarów, rezygnując z przyszłych tantiem.
Jak się w późniejszej części filmu okazało, utwór który nagrał z zespołem osiągnął pewien sukces i może to by była pierwsza pomoc aby Davis wyszedł na prostą? Natomiast muzyk musiał podjąć tą niekorzystną dla siebie decyzję, ponieważ musiał opłacić aborcję swojej kochanki Jean (Carey Mulligan), która nie chciała mieć z nim dziecka. Jean wielokrotnie zarzuca mu, że wszystko niszczy. Mimo to, sama nie jest bez winy, zgodziła się przecież zdradzić swojego chłopaka Jima (Justin Timberlake). W drugiej połowie filmu Llewyn rusza do Kalifornii, by spróbować zdobyć pracę w prestiżowym klubie. W podróży towarzyszą mu narkoman Roland Turner (John Goodman) i milczący alkoholik Johnny Five (Garrett Hedlund). Ukazanie tych trzech postaci w jednym ciasnym samochodzie jest wyraźnym pokazaniem ich słabości, trudu ale i walki do ich osobistych celów. Uważam natomiast, że ten fragment filmu wypada najsłabiej. Tempo znacznie zwalnia i momentami czułem się znudzony. Generalnie film ma powolne tempo, co dobrze współgra z jego melancholijnym klimatem i muzyką folkową. Niemniej, dla niektórych widzów może być to męczące.
Poszukiwanie siebie i… kota
Czas wspomnieć o jednym z najbardziej symbolicznych elementów filmu — rudym kocie. Zwierzę pojawia się już w 5 minucie filmu i odegra bardzo ważną rolę. Kiedy Llewyn opuszcza mieszkanie znajomego, kot ucieka z domu. Od tej pory bohater próbuje go złapać tak jakby próbował utrzymać resztki kontroli nad swoim życiem. Kot jest symbolem zagubienia — nie tylko bohatera, ale i jego samego losu. Llewyn nie ma domu, pieniędzy, ani planu. Tuła się bez celu tak jak kot.
W pewnym momencie odnajduje zwierzaka i oddaje go właścicielom. Wydaje się, że wszystko zaczyna się układać. Ale to tylko złudzenie, później okazuje się, że oddał niewłaściwego kota (zła płeć), a jemu samemu znów zaczęło się wszystko sypać.
Zakończenie filmu to smutne podsumowanie wędrówki Llewyna — spotkanie z menedżerem w Kalifornii kończy się stwierdzeniem: „Nie widzę tu pieniędzy”. Brutalna prawda o przemyśle muzycznym i bolesne zderzenie z rzeczywistością i przegraną. Na sam koniec film ujawnia się widzowi imię kota — Ulysses. Jest to odniesienie do Odyseusza, mitologicznego wędrowca, który przez lata błąkał się w drodze do domu. Tak samo jak Llewyn Davis.
Podsumowanie
„Co jest grane, Davis?” to ciężki, melancholijny, ale i piękny film. Audiowizualna perełka, szczególnie dla fanów muzyki folkowej. Aktorsko jest tutaj również znakomite i czujemy faktyczne zmagania bohaterów, współczujemy im ale też wiemy, że nie są osobami bez skazy. Film się nie spieszy, może być to jego zarówno zaletą jak i wadą. W moim przypadku niestety były momenty gdzie się nudziłem. Natomiast wynagradza to klimat, treść i emocje. Motyw zagubienia przedstawiony przez braci Coen zarówno przez postać Llewyna, jak i rudego kota to mistrzowski zabieg. Polecam ten film każdemu, kto chce nie tylko zanurzyć się w muzyce, ale również pomyśleć o życiu, błędach i nad całym przesłaniem tego dzieła.




