Patrycja Smolińska
Dziś przynoszę wam recenzję filmu, który z pozoru wydaje się banalny. W rzeczywistości jednak, w swojej historii, porusza ważny temat, który wciąż pozostaje aktualny. „Mia i biały lew” to francuski film przygodowy w reżyserii Gillesa de Maistre’a, który wykracza poza ramy typowego kina familijnego. Choć skierowany głównie do młodszych widzów, niesie ze sobą głębokie przesłanie ekologiczne i etyczne, dotykając tematu zniewalania dzikich zwierząt i ich wykorzystywania w komercyjnych celach.

W centrum opowieści znajduje się Mia, nastoletnia dziewczyna, która wraz z rodziną przeprowadza się z Londynu do Południowej Afryki, gdzie jej rodzice prowadzą farmę dzikich kotów. Początkowo dziewczyna ciężko to znosi. Zachowuje się jak każde dziecko, któremu rodzice z dnia na dzień, każą się przenieść z dala od przyjaciół i naturalnego środowiska, w którym żyje. Jest zbuntowana i zagubiona w nowym świecie, próbuje odnaleźć sens wszystkiego co się dzieje wokół niej.
Odnajduje go w relacji z niezwykłym białym lwiątkiem, które rodzi się na jej rodzinnej farmie, w dzień Bożego Narodzenia. Ich więź, oparta na zaufaniu, empatii i wzajemnym zrozumieniu, staje się osią całej narracji. Mia wierzy, że Charlie, którego gra prawdziwy lew – Thor, jest inny niż wszystkie lwy i przyszedł na świat, by wedle legendy, uratować ludzi. Chodź początek tej relacji jest skomplikowany, a dziewczyna podchodzi sceptycznie do przyjaźni z lwiątkiem. Jednak z czasem ich więź zaczyna się pogłębiać.
Film nie epatuje dramatyzmem, ale subtelnie pokazuje, jak przyjaźń międzygatunkowa może być źródłem siły i odwagi. Mia i lew Charlie, choć należą do zupełnie różnych światów, tworzą relację, która przekracza granice biologii i instynktu. To opowieść o współczuciu, lojalności i walce o to, co słuszne, nawet jeśli oznacza to sprzeciw wobec najbliższych.
Jednym z najważniejszych wątków filmu jest krytyka procederu sprzedaży dzikich zwierząt łowcom trofeów. Reżyser nie boi się pokazać, że nawet osoby pozornie zaangażowane w ochronę przyrody mogą być uwikłane w system, który prowadzi do cierpienia zwierząt. Film ujawnia mechanizmy działania farm, które pod przykrywką hodowli i turystyki dostarczają lwy do zamkniętych polowań – brutalnej praktyki, w której zwierzęta nie mają żadnych szans.
Zamożni myśliwi z Europy czy USA płacą ogromne sumy za możliwość upolowania „Wielkiej Piątki” – w tym lwa. Te pieniądze mają rzekomo wspierać lokalne społeczności i finansować ochronę przyrody. Wiele lwów hodowanych jest na farmach, gdzie są rozmnażane w niewoli, a następnie wypuszczane do zamkniętych obszarów, by zostać upolowanymi. Legalność nie oznacza etyczności. Coraz więcej organizacji – jak Born Free Foundation czy Humane Society International — domaga się zakazu polowań trofeowych, wskazując na cierpienie zwierząt, degradację ekosystemów i fałszywe obietnice dotyczące korzyści dla lokalnych społeczności.
Choć temat jest trudny, „Mia i biały lew” przedstawia go w sposób przystępny, nie epatując przemocą, ale budując świadomość. To rzadki przykład kina familijnego, które nie boi się mówić o realnych problemach i zachęca młodych widzów do zadawania pytań o etykę, odpowiedzialność i ochronę przyrody.

Na szczególne uznanie zasługuje Daniah De Villiers, wcielająca się w rolę Mii. Jej występ jest naturalny, pełen emocji i autentyczności. Aktorka przez trzy lata dorastała razem z lwem, co pozwoliło na stworzenie prawdziwej więzi, widocznej w każdej scenie. Partnerują jej Langley Kirkwood i Mélanie Laurent jako rodzice, którzy wnoszą do filmu złożoność emocjonalną i moralne napięcie.
Co czyni ten film wyjątkowym, to fakt, że nie użyto żadnych efektów specjalnych. Wszystkie sceny z udziałem lwów zostały nakręcone z prawdziwymi zwierzętami, co nadaje produkcji autentyczność i głębię. Warto wiedzieć, że lwy występujące w filmie pochodzą z takich właśnie farm, gdzie są hodowane w niewoli. Twórcy filmu nie ukrywają tego faktu – wręcz przeciwnie, wykorzystują go, by pokazać, jak wygląda życie tych zwierząt poza kamerą. Dzięki temu „Mia i biały lew” zyskuje dodatkowy wymiar: nie tylko opowiada historię, ale też ujawnia mechanizmy komercyjnego wykorzystywania dzikich kotów
Kluczową rolę w realizacji filmu odegrał Kevin Richardson, znany na całym świecie jako „zaklinacz lwów”. Richardson przez lata budował relacje z lwami, które występują w filmie – zna je od narodzin, rozumie ich emocje i potrzeby. Dzięki jego obecności na planie możliwe było nakręcenie scen z udziałem prawdziwych lwów bez użycia efektów specjalnych, co czyni „Mia i biały lew” wyjątkowym w skali światowego kina.
„Mia i biały lew” to film, który nie moralizuje, lecz inspiruje. Jego poetycki ton, piękne afrykańskie krajobrazy i subtelna muzyka, tworzą atmosferę, w której widz może zanurzyć się bez reszty. To opowieść o dojrzewaniu, o odwadze mówienia „nie” niesprawiedliwości i o tym, że empatia nie zna gatunkowych granic.
To nie tylko historia o dziewczynie i lwie. To manifest przeciwko uprzedmiotowieniu zwierząt, apel o szacunek dla życia i przypomnienie, że prawdziwa siła tkwi w sercu, które potrafi współczuć. Jeśli szukasz filmu, który poruszy, zachwyci i zostawi po sobie coś więcej niż tylko emocje – „Mia i biały lew” jest właśnie takim dziełem.




