Gdziekolwiek Tonto, tam dom – recenzja filmu

Patrycja Smolińska

Dzisiaj na tacy serwuję Wam, drodzy Czytelnicy, stary film z 1974 roku. Głównymi bohaterami jest nietypowa para seniorów – jeden to 72-letni Harry Coombes (Art Carney), a drugi to Tonto, rudy, 11-letni kot. Żyją sobie w spokojnym świecie, zdecydowanie szczęśliwi, choć w pewnym sensie zamknięci w swojej rutynie. Ich codzienność zostaje jednak przerwana, a to, co wydawało się stałe, nagle znika.

Zmieniający się świat i ludzie, którzy go kształtują, zmuszają tę dwójkę do natychmiastowej wyprowadzki z domu, w którym spędzili wiele lat. Harry, choć dotknięty tą niesprawiedliwością, akceptuje rzeczywistość i rusza z optymizmem na twarzy dalej. Ta decyzja, choć trudna, staje się początkiem jego wędrówki – nieplanowanej, niepewnej, ale pełnej odwagi. Wydawać by się mogło, że życie staruszka już niczym nie zaskoczy, a jednak na tym świecie niemal nic nie jest pewne.


Przez całą drogę mężczyźnie towarzyszy jego kot, bez którego nie rusza się na krok. Pięknie się patrzy na przyjaźń tej dwójki. Tonto nie jest tylko zwykłym kotem w życiu seniora, ale prawdziwym przyjacielem. To właśnie jemu Harry powierza wszystkie swoje smutki i życiowe wspomnienia, to z nim pokonuje przeszkody i trudy, które napotyka po drodze.

„Harry and Tonto” nie jest filmem, który próbuje wzruszać na siłę. Nie ma w nim dramatycznych zwrotów akcji ani wielkich emocjonalnych wybuchów. Zamiast tego oferuje coś bardziej subtelnego – spojrzenie na życie, które toczy się dalej, nawet gdy wszystko wokół się zmienia. Ten staruszek jest dowodem na to, że czasem przysłowiowe „kłody pod nogami” mają nas tak naprawdę nakierować na ścieżkę, którą może podświadomie boimy się podążyć, a może to właśnie ona jest – i była od początku – nam pisana. Wiek, wygląd czy czas nie mają znaczenia, bo nigdy nie jest za późno, by żyć.


Art Carney w roli Harry’ego tworzy postać pełną ciepła, napawającą optymizmem i uśmiechem. Doskonale oddał i wyczuł charakter bohatera. Na ekranie kreuje się przed nami zarówno dziadek, jak i ojciec – ktoś, kto swoje w życiu przeżył i, cytując słynny polski zespół Kombi, „czuł, w co się gra”. On zna życie, mimo że ciągle go zaskakuje, to wie, że najlepiej jest się nie załamywać, a co ważniejsze – nie stać w miejscu, tylko płynąć razem z nim. Harry jest zawsze uśmiechnięty i zachowuje spokój. Bije od niego aura mądrości, a jednocześnie zrozumienia i zainteresowania światem oraz jego tajemnicami. Nie jest ani zbyt sympatycznym dziadziusiem, ani zgorzkniałym starcem. Carney zachowuje w tej roli idealne proporcje, dzięki czemu stworzył przyjemną w odbiorze postać. Jego gra jest spokojna, naturalna, chwilami niemal niedostrzegalna, a jednak prawdziwa. W obsadzie pojawiają się także Ellen Burstyn, Geraldine Fitzgerald i Larry Hagman, dodając historii lekkości i różnorodności. Za swoją rolę Carney zdobył nawet Oscara w kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego.

Film pokazuje, że czasem trzeba iść dalej, nawet jeśli nie wiadomo dokąd. Że można mieć uśmiech na twarzy, choć w sercu kryje się niepewność. Że to, co najważniejsze, nie zawsze jest spektakularne – czasem to tylko obecność drugiej istoty, która trwa przy nas bez względu na wszystko. „Harry and Tonto” to cicha opowieść o tym, że życie nie musi być zaplanowane, by miało sens i prowadziło do celu.