Mufasa: Król Lew – prequel bez pazura – recenzja filmu

Patrycja Smolińska

„Mufasa: Król Lew” to długo wyczekiwany prequel kultowej animacji Disneya, który zabiera widzów w sentymentalną podróż do przeszłości jednego z najbardziej ikonicznych bohaterów w historii kina. Reżyser Barry Jenkins, znany z oscarowego „Moonlight”, postanowił podjąć się wyzwania przedstawienia widzom postaci kultowego Mufasy – ojca Simby – z czasów, gdy jeszcze nie był królem.

Jenkins, choć znany z subtelnego podejścia do emocji, tym razem nie zdołał tchnąć życia w scenariusz, który od początku do końca podąża utartym szlakiem. Fabuła skupia się na Mufasie jako młodym, zagubionym lwiątku, które trafia do obcego stada i próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Głównym wątkiem jest jednak relacja, jaką zagubiony Mufasa nawiązuje z Taką – lwem, który w przyszłości ma przejąć władzę nad stadem.

Kim natomiast jest Taka (Kelvin Harrison Jr.) i jakie znaczenie ma dla późniejszej historii „Króla Lwa” – wie, bądź chociaż się domyśla, każdy z nas. Jest to oczywiście Skaza. Całościowo scenariusz Jeffa Nathansona miał nam zobrazować, skąd wziął się konflikt między braćmi – jak narodził się nasz słynny antagonista, stryj Simby. Remake, który powstał w 2019 roku pod tytułem „Król Lew”, już wtedy podsuwał nam mały smaczek, który nie pojawił się w serii animacji, a który miał podpowiedzieć, co mogło podzielić tych dwoje – a miała to być miłość do tej samej lwicy, czyli słynnej Sarabi.


Pomysł całkiem trafny, chociaż może trochę oklepany. Jednak nowa wersja starej dobrej animacji okazała się totalną klapą. Disney musiał się zobowiązać, że zadośćuczyni za swoją porażkę, a tym odkupieniem miała być właśnie produkcja skupiająca się na Mufasie. Kto z nas nie chciał się dowiedzieć, dlaczego Skaza został Skazą oraz dlaczego jest tak cięty na swego brata?

Mufasa (Aaron Pierre), trafiając przypadkiem do obcego stada jako przybłęda, nie może być traktowany na równi z innymi lwami, więc władca stada oddaje go pod opiekę samic. Samice natomiast, jak natura przykazała, są odpowiedzialne za polowanie i obronę stada. Samce zaś mają odpoczywać i zarządzać. Zatem nasz główny bohater nabywa nowe, przydatne umiejętności, a Taka, który był następcą tronu, spędza czas tak jak inne lwy.

Mimo to tych dwoje staje się nierozłączni jak bracia, za jakich się uważają mimo różnic. Warto też wspomnieć, że główną opiekunką Mufasy jest Eshe – matka Taki. Tytułowy bohater ma wyraźnie więcej umiejętności i odwagi od swojego przyszywanego brata, który ma być głównym pretendentem do tronu. Logicznym zatem byłoby przypuszczać, że Taka będzie zazdrosny o umiejętności brata, o to, że jest tak ceniony przez jego własną matkę, i że w głębi serca będzie żywił narastającą urazę, która kiedyś eskaluje i doprowadzi do poważnego konfliktu. Podsyciłby to fakt pojawienia się pomiędzy braćmi Sarabi (Tiffany Boone), która wpada w oko przyszłemu Skazie.

Jednak film nie poszedł tym tropem i postanowił obrać bezpieczny kierunek. Sielankowe i kolorowe życie lwich braci zakłóca faktycznie ten miłosny trójkąt, lecz tak naprawdę – biorąc pod uwagę cały film – ten wątek nie robi efektu „WOW”. Od momentu pojawienia się lwicy spodziewamy się, co wydarzy się za chwilę, a każdy element, który miał być zwrotem akcji i pokazywać narastający konflikt między braćmi, staje się prostym schematem. Nawet ostateczna propozycja twórców przydomku Taki, w mojej opinii, wydaje się po prostu bezsensowna i nieprzemyślana. W ogóle nie tłumaczy i nie łączy się z tym, co stało się później. Zakończenie kompletnie nie wskazuje na to, że Skaza ma powód do dalszego mszczenia się na bracie.

Fabuła nie jest też jedyną rzeczą, która tutaj nie wypaliła. Muzyka, za którą odpowiada Lin – Manuel Miranda, miała być jednym z filarów emocjonalnych filmu. Tymczasem trudno przypomnieć sobie choćby jeden utwór, który zapada w pamięć. Piosenek jest dużo, ale żadna nie wyróżnia się na tyle, by zostać z widzem po seansie. Brakuje chwytliwych melodii, które można by nucić, i tekstów, które poruszałyby serce. W porównaniu do „Can You Feel the Love Tonight” czy „Circle of Life”, ścieżka dźwiękowa „Mufasy” wypada blado i nijako. Co trochę mnie zawiodło, bo twórca tego kalibru jak Lin – Manuel Miranda jest w stanie napisać utwór, który poruszy nawet największego krytyka.

Obsada głosowa to jeden z mocniejszych punktów produkcji – przynajmniej na papierze. Aaron Pierre jako młody Mufasa wypada solidnie, ale jego interpretacja nie wnosi nic nowego do postaci. Kelvin Harrison Jr. jako Taka stara się nadać swojej roli więcej niuansów, lecz scenariusz nie daje mu wystarczająco przestrzeni. Donald Glover i Beyoncé powracają jako Simba i Nala, ale ich obecność wydaje się bardziej marketingowym chwytem niż artystycznym wyborem. Timon i Pumba, grani przez Billy’ego Eichnera i Setha Rogena, próbują rozładować napięcie humorem, ale ich żarty są wtórne i pozbawione świeżości. Wśród nowych postaci pojawia się Mads Mikkelsen jako Kiros – charyzmatyczny, ale niewykorzystany – oraz Blue Ivy Carter jako młoda Kiara, która niestety nie dostaje zbyt wiele czasu ekranowego.


Największym problemem filmu jest jednak jego brak odwagi. Zamiast opowiedzieć historię, która rzuca nowe światło na znane postacie, twórcy wybierają bezpieczną drogę – pełną klisz, przewidywalnych zwrotów akcji i emocjonalnych skrótów. Nie ma tu miejsca na zaskoczenie, na głębszą refleksję, na prawdziwe dramaty. Wszystko jest wygładzone, wyreżyserowane pod dyktando nostalgii, ale bez jej duszy. Niestety, chociaż Disney próbuje, wciąż nie rozumie, że przysłowiowe „odgrzewanie starego kotleta” nie sprawia, że potrawa zyskuje na smaku. Widzom chodzi o nowości i świeże spojrzenie na znane historie. Tak jak zrobili to twórcy „Czarownicy”, która pokazała znaną bajkę z innego punktu widzenia, ale nie zafundowała nam drugi raz tego samego.

To było odważne i nowe. Natomiast „Mufasa: Król Lew” jest może i nowy, ale prosty i mało wyróżniający się. Dla miłośników uniwersum może to być ciekawa propozycja, która rozszerza świat „Króla Lwa”, ale dla widza szukającego emocji, świeżości i dobrze opowiedzianej historii, będzie to duża porażka.